Poszukiwania ambitnych i nowatorskich motywów w grach wideo. Dla doświadczonych i wymagających graczy.
Blog > Komentarze do wpisu
Gry Do Słuchania, odcinek 9 – Gabriel Knight
Już wiemy. 2010 jest rokiem powrotu Jane Jensen. Jedną z ważniejszych premier dla myślących graczy będzie Gray Matter. Jak na zawołanie, Good Old Games umożliwia zakup serii gier dzięki której JJ dorobiła się tytułu królowej gier przygodowych. Przy tych miłych okazjach warto przypomnieć, że nieodżałowany Gabriel Knight słynie nie tylko z unikalnie wysokiego poziomu fabularnego i trudnych zagadek, ale też z kompozycji muzycznych.

   Wyobraźcie sobie, a co starsi - przypomnijcie, że był kiedyś taki czas, kiedy gry dla myślących nadawały rytm całemu rozwojowi branży. Na przełomie lat 80 i 90 zeszłego wieku gry przygodowe (teraz przezywane „łamigłówkowymi”) były głównym motorem postępów nie tylko w sposobach prowadzenia rozgrywki, ale też kwestiach technicznych. Potentatem rynku była Sierra On-Line, założona jeszcze w 1979 roku przez małżeństwo Kena i Roberty Willimasów. Rodzinny interes, który później wyrósł do rozmiarów spółki giełdowej, pochłaniającej co mniejsze studia deweloperskie, miał już w 1988 roku siłę zrewolucjonizować oprawę dźwiękową w grach na komputery osobiste. Poza możliwością usłyszenia brzęku i trzasku z wbudowanego PC-speakera, w King’s Quest 4 szczęśliwi posiadacze pionierskiego sprzętu AdLib czy Roland MT-32, mogli skosztować nieosiągalnej wcześniej na PC wielokanałowej muzyki. To posunięcie zaowocowało romansem Sierry i większości twórców tamtego okresu ze standardem MIDI. Plik MIDI zawiera instrukcje nut i rodzaju instrumentu. Samo brzmienie przechowywane jest w pamięci sprzętu przetwarzającego - karty dźwiękowej. Dzięki temu pojemność pliku jest mała, ale trafność odtwarzania krytycznie zależy od możliwości karty. Tańszy AdLib ten sam plik odtwarzał w gorszej jakości, niż mogący służyć profesjonalistom, kosztowny Roland.

    Premiera pierwszej gry o Gabrielu – Sins of the Fathers, miała miejsce w 1993 roku, przy okazji kolejnej rewolucji technologicznej, w której gry przygodowe odegrały kluczową rolę. Płyta CD była właśnie upowszechniana jako nośnik danych, jednak wciąż wiele tytułów posiadało wersję dyskietkową. Na CD z Sins of the Fathers trafił pełen podkład głosów postaci, ale muzyka, wraz z rdzeniem gry, wciąż mieściła się na dyskietkach. Sposobem na to ograniczenie było doprowadzone już wtedy w Sierra do perfekcji komponowanie względnie prostych motywów muzycznych  MIDI, tworzonych głównie z myślą o instrumentach klawiszowych. Tak też uczynił Robert Holmes, główny kompozytor w serii gier o Gabrielu.

   Trzeba przyznać, że zaczął od mocnego uderzenia – dwuczęściwoego motywu na klawisze, który nawet odtworzony na AdLibie, błyskawicznie wpadał w ucho. Dziś można posłuchać zarówno zarejestrowanego w Mp3 odtworzenia z Rolanda MT-32 i oryginalnego pliku MIDI. Jak łatwo usłyszeć obecne karty muzyczne nie mają (już nie muszą?) na pokładzie porządnych układów do obsługi MIDI. Wolniejsza część motywu była znakomitą bazą do reinterpretacji  zawierających elementy bluesa czy jazzu - np. St. Georges Book Shop (podrzucam tu fantastycznie zremasterowane utwory). Miejsce akcji to w końcu Nowy Orlean, a zatem cóż może zagrać uliczna trupa muzyków? Gabriel Knight nie jest jednak przeciętnym bywalcem Mardi Gras, ale… Ech - kim i gdzie on nie bywa? Bywa, że zgłębia mroki cmentarzy czy katedr. Bywa, że w stylu kryminałów lat 80 z oprawą Tangerine Dream, wyręcza policję na miejscu zbrodni. Bywa, że podrywa miejscowe piękności i co gorsza, zakochuje się. Bywa, że staje oko w oko z wyznawcami Voodoo, którzy nie wahają się użyć afrykańskich bębnów. Bywa, że musi zmierzyć się z piętnem historii własnych przodków, pełnej czynów szlachetnych i mrocznych. Ot, ikona gier przygodowych, z której wieloma twarzami i wojażami musiał zmierzyć się kompozytor. Robert Holmes stworzył niezapomniane utwory i jeden z ostatnich pokazów wszechstronności muzyki MIDI. Udowodnił, że da się z pomocą tego sensownie zagrać elementy klasyki, jazzu, bluesa, etno. Oczywiście – metaliczny, elektroniczny pogłos pozostaje. To dźwięki generowane przez maszynę. Ale emocje pozostają ludzkie.

    Dni dominacji MIDI były jednak policzone. Pojemność nośników optycznych zniosła poważną barierę w użyciu w grach dźwięku rejestrowanego cyfrowo, choćby w formacie .wav. Do akceptowalnego dla ucha otworzenia takiego pliku, czy ścieżek audio-CD, wystarczyły relatywnie tanie karty dźwiękowe, co skutkowało monopolizowaniem rynku przez SoundBlastera (swoją drogą - interesująca historia). Dźwięk mógł pochodzić choćby z żywych instrumentów. Jane Jensen, której pozycja w Sierra wzmocniła się po sukcesie pierwszej części Gabriela, skorzystała z dobrodziejstw CD, sequel The Beast Within (1995) tworząc w konwencji „interaktywnego filmu” z udziałem aktorów, dekoracji, realnych lokacji i cyfrowej muzyki. Tą zajął się ponownie Robert Holmes, w międzyczasie awansowany do roli męża głównej projektantki (przyznaje, że randki z JJ miały wpływ na treść Sins of the Fathers). Gabriel przebywa tym razem w posiadłości odziedziczonej po swych osławionych trzebieniem zła przodkach, w Bawarii. Przytrafia mu się,  jankeskiej biedaczynie, piorunujące spotkanie z kulturą europejskiego romantyzmu, osobą króla Ludwika II Wittelsbacha i zaginioną operą Ryszarda Wagnera w rolach znaczących. Większość ścieżki muzycznej jest więc utrzymana w ckliwej,  ale misternej konwencji. Najmocniej wypadają utwory z dominacją fortepianu – tematy dla niezastąpionej asystentki bohatera, Grace i jakże bajkowego króla, Ludwika – dostarczając należyte tło do wzruszeń. Perełki bywają również podczas zwiedzania lokacji. Jest też kilka cięższych, dopełnionych smyczkami, sekcją dętą czy elektroniką utworów budujących napięcie, gdzie zdarza się Holmesowi wracać do motywu głównego z Sins of the Fathers. Jest wreszcie najodważniejsza wycieczka kompozytora – trzy arie pochodzące z rzekomo nieznanego operowego dzieła Wagnera. Karkołomna próba, jakiej w grach nie pamiętam. Mimo melodii przetwarzanych komputerowo – przypuszczam, że budżetu zabrakło na prawdziwą orkiestrę – Holmes broni się w tym starciu z legendą opery. Libretto napisane przez JJ wykonują zawodowi śpiewacy, a utwory dopełniają akcję i są integralnym elementem fabuły gry. Nie łudźmy się jednak, że uczeń (profan?) przerósł mistrza. Wysłuchanie arii z gry w porównaniu z fragmentem Tristana i Izoldy sprowadza na ziemię. Brakuje głębi i niedoskonałości prawdziwych instrumentów –  składana w edytorze muzyka nie miała jeszcze jakości, którą dziś znajdujemy choćby w utworach Jeremy Soule’a. Ale ponownie – idea, wspaniałe zgranie z historią, zamiar zainteresowania odbiorców brzmeiniem epoki –  przemawiają na korzyść Holmesa. On sam twierdzi, że Wagnera co prawda przeprosił, ale kompozycje do drugiej przygody Gabriela są jego najlepszymi dokonaniami w serii. To one stanową większość jedynej wydanej oficjalnie ścieżki muzycznej z gier o Gabrielu – z edycji specjalnej Gabriel Knight Mysteries (1998). Dziś można z kolei skorzystać ze sposobów mniej oficjalnych.

    Czas płynął nieubłaganie, gry przygodowe zaczęły tracić prymat, pogrążane przez zmieniającą się modę i napływ niewybrednych odbiorców, a częściowo przez własny konserwatyzm. Sierra w 1996 została sprzedana, a rok później firmę opuściło małżeństwo Williamsów. Firma weszła na rynek gier w pełnym 3D bardziej jako wydawca. Ale nawet wprowadzenie HalfLife i Homeworld nie uratowało Sierry przed powolnym staczaniem się. Ostatnią grą przygodową dawnego giganta była trzecia część przygód Gabriela: Blood of the Sacred, Blood of the Damned (1999). Szczęśliwie za sznurki nadal pociągała JJ i utrzymała produkcję na wysokim poziomie fabularnym, z formą przeskakując do dominującego wszędzie trójwymiaru, a z akcją do miłego poszukiwaczom Świętego Graala, francuskiego Rennes-le-Château. W komponowaniu i aranżacjach Robert Holmes został tym razem częściowo wyręczony przez mniej znanego kompozytora Sierry – Davida Henry. I tu miła niespodzianka – muzyka nie nosi znamion spadku poziomu, wręcz przeciwnie. Henry wniósł dozę świeżości do trochę już zgranych motywów. Temat główny wylewny co prawda, ale gdy mniej jest elektroniki, a do akcji wchodzi fortepian solo, smyczki czy obój, robi się skromniej i piękniej. Czasem jazzowo, ale najczęściej blisko klasyki: W kolejnej reinterpretacji tematu z Sins of The Fathers z towarzyszeniem miłego pizzicato, w zakątkach kościoła Marii Magdaleny, w muzeum Rennes-le-Château, czy wreszcie w największej bombie tej ścieżki dźwiękowej – fortepianowym Nokturnie. Jego szybsza wersja, jest jednym z najwybitniejszych utworów klawiszowych skomponowanych do gier wideo - obok Cohen’s Masterpiece czy reinterpretacji One-Winged Angel. Poddałem Nokturn jakiś czas temu testowi – wysłuchałem go zaraz po wyjściu z koncertu Schuberta i Chopina. Po tym wszystko wydaje się dziwnie płaskie – ale Nokturnu słuchało się miło. A więc prawdziwy diament.

   Oprawy Blood of the Sacred, Blood of the Damned nie psują miejscami słabsze utwory elektroniczne, ilustrujące momenty zagrożenia czy mapę lokacji. Przewietrzają całokształt, nie dają go zdominować przez romantyczną nutę. Marzy się naturalnie by kompozycje były nieco dłuższe, bardziej złożone, ale jakość, poprawa w brzmieniu instrumentów w porównaniu z poprzednimi odsłonami, pozwalają wiele wybaczyć. To eleganckie pożegnanie z niezwykłą serią, bohaterem, i etapem rozwoju gier. 

    Nie wiem czy życzyć Gabrielowi powrotu. Może lepiej uznać ten rozdział za zamknięty, a przede wszystkim – ważny i niezapomniany? Na pewno wiele zależy od sukcesu Gray Matter. Która, nawiasem mówiąc, ilustrowana będzie wciąż charakterystycznie wylewną, ale już słychać że piękną, muzyką Roberta Holmesa. Jesienią – do sklepów po przygodówkę marsz!

PS. Jak widać, kończę z ocenami liczbowymi w recenzjach. Czegoś mnie jednak ten blog nauczył.

czwartek, 26 sierpnia 2010, bioforger

Polecane wpisy

TrackBack
Kto tak ładnie śpiewa? z Gray Matter
To pytanie zadają ludzie na różnych forach po obejrzeniu prezentowanego w Kolonii filmiku. Gray Matter nadal czeka na przemyślany i solidnie wyreżyserowany zwiastun z pomysłem, bo powyższy trailer trudno tak określić. Przede wszystkim ... »
Wysłany 2010/08/28 18:26:55
Komentarze
Gość: Miły, *.chello.pl
2010/08/26 21:46:53
Gry mojej młodości. Dziękuję za tego posta :)
-
tetelo
2010/08/28 18:12:31
No to się wreszcie doczekałam :-)
Zapewne nie wszystkim wiadomo, że jeszcze całkiem niedawno Autor powyższego artykułu znał tylko pierwszą część Gabriela, a do zagrania w "trójkę" trzeba go było mocno namawiać... Warto było.

Nawet bez punktacji widzę, że muzykę doceniłeś, ale ciekawa jestem, czy ów styl wizualny GK3, który Cię początkowo od gry odstręczał, rzeczywiście tak bardzo uwierał w trakcie. No i jak na tle wcześniejszych dokonań kompozytora widzi Ci się jego folkowa kapela?

Szkoda, że artykuł ominie czytelników gazety, do której pierwotnie był przeznaczony, ale internet ma swoje przewagi: na papierze nie zamieściłbyś 35 linków ;-). A warto w nie klikać, bo tekst ma sens razem z ilustracją muzyczną.
-
bioforger
2010/08/30 11:10:08
@ Tetelo. To nie jest jeszcze ten artykuł, który miał pójść do gazety - ten będzie niedługo. Tego tutaj by się nie dało - z powodu linków i bycia w blogowym cyklu. To jest tekst, o którym wspomniałem jeszcze w maju-czerwcu, że powinien Cię zainteresować.

Mój powrót do Gabriela jest rzeczywiście w większości Twoją zasługą. Nabrałem zaufania do Twoich poglądów i słusznie wierzyłem, że nie możesz chwalić byle czego. Druga i trzecia część Gabriela były najlepszymi grami, w które zagrałem po raz pierwszy, w tak długi czas po premierze (dla kontrastu np. American McGee Alice czy Psychonauts zupełnie mnie odstręczyły platformową mechaniką). Co do GK3, szata graficzna bardzo szybko przestała przeszkadzać (choć plastycznie jest jednak najsłabsza z trzech części), a mechanika okazała się bardzo skuteczna i oryginalna (nie pamiętam przygodówki w 3D, w której ma się taką wolność ruchu kamerą). Jednak ogólnie GK3 wydał mi się najmniej trafny w zagadkach (skąd u licha miałem się domyślić, że wąsy trzeba domalować ?! ;) i fabularnie (końcowa scena, wyjaśniająca m.in. kto natchnął ród Ritterów zamiast mnie wzruszyć - niestety rozśmieszyła; JJ troszkę przegięła na mój gust). Ale w przypadku tej serii oznacza to , że i tak mamy do czynienia ze znakomitą grą. Najlepsze wspomnienia pozostaną jednak po 1, a następnie 2 części. Z kolei muzykę GK3 ma najlepszą i muszę na swoja obronę dodać, że znałem ją częściowo od lat - długo zanim zagrałem.

Kapela Holmesa to muzycznie trochę inna para kaloszy niż muzyka do GK, ale widać, że gość ma ciągoty do melodyjnych, lirycznych motywów. Jak pierwszy raz posłuchałem kapeli pomyślałem - jaki to folk, to piękne (ten głos!), ale raczej popowe ballady. Oczywiście potem słychać sporo folkowych pociągnięć, ale nie dominują jednoznacznie. Fajnie się zbiegły te nasze wpisy - mnie miejsca na The Scarlet Furies i parę innych rzeczy już nie wystarczyło.

@ Miły. A u mnie się trochę rozłożyło - GK1 w 1994, GK2 i 3 w 2009. Ale efekt powrotu do starych czasów - też niesamowity.